piątek, 9 grudnia 2016

Koszka jobanaja


Dzisiaj mija miesiąc, od kiedy Kleoniki jest z nami! Imię co prawda rzadko jest w użyciu, bo zaczęłyśmy nazywać ją z rosyjska per Koszka, co ewoluowało w Koszunia, Koszka-Łoszka albo Kosz w zależności od tego, czy jest słodka czy oddupia rzeczy - a ostatnio wołamy ją per Mati.


Co możemy powiedzieć po tym wspólnie spędzonym miesiącu? A no to, że ten kot jest upośledzony, i to zdrowo. Stąd Mati. I Ash, chociaż Ariadna się nie zgadza na takie inwektywy, ale Ra nie będzie się przecież słuchać hobbita, bo Ariadna nie jest jej prawdziwą matką. I Ra, i Koszki.


Ale, o ułomności Kosza - otóż Kosz uwielbia plątać się nam pod nogami na schodach, w nadziei chyba, że będzie mogła przyjąć na grzbiet, głowę lub ogonek te kilkadziesiąt kilo naszej wagi. I przyjmuje czasem - przy czym nie reaguje na to żadnym dźwiękiem ani też ucieczką, przez co podejrzewamy, że urwało jej od zakończeń nerwowych i nie czuje bólu.


Ponadto wzrok. Ten wzrok. Wyraz mordki ma co prawda nie aż tak głupi jak jeden z kotów pewnej znajomej Ra, i nie tak śćpany jak lokalny kot zwany przez nas Dumbledorem (acz podejrzewamy udział jego genów u naszej), ale i tak jej wzrok jest niezmącony żadną głębszą myślą.


Nie umie normalnie miauczeć, tylko meczy jak koza*. Nie umie spadać na cztery łapy, tylko ląduje na kościstą dupę.
*głównie po to, żebyśmy pozwoliły jej robić niegrzeczne rzeczy, np. bawić się niezabezpieczonymi golarkami, albo wskoczyć na płytę grzewczą, kiedy gotuje się woda.


Że już nie wspomnimy o tym, że po zaczipowaniu Reptilianie sterują ją za pomocą grubych wibracji.



W związku z naszym fantastycznym zwierzęciem wybrałyśmy się do kina na Fantastyczne Zwierzęta. Przeżycie było to co nie miara, bo poszłyśmy do TRU greckiego kina. A było ono bardzo TRU, bo za maleńką kasą siedział słodki starszy pan i ręcznie wypisywał bilety. Niestety, nie udało nam się zrobić zdjęć sali, bo kiedy Ariadna już-już wyciągała telefon, wbili inni, co nas bardzo zasmuciło, gdyż musiałyśmy zachowywać się jak cywilizowani ludzie :C

Ariadna: JAKIE TE ZWIERZĄTKA BYŁY SŁODKIE DAJCIE MI MILIARD CHCĘ SIĘ W NICH TARZAĆ I KOCHAĆ!!!!!!!!!!!!! A tak bardziej serio, to przerozpływałam się cały film, bo stężenie słodyczy przekraczało wszystkie możliwe normy. Tylko Kredensa szkoda, bo Ezra Miller jest piękny i musi powrócić z fryzurą nie od garnka i niezamieniony w latający flak :c A potem zostać adoptowany przez Kubusia i Queenie i karmiony pączkami, o. Z innych wrażeń, to czarodzieje w Muricy jawią się jako wyjątkowo paskudni i kibicowałabym Grindelwaldowi w rozniesieniu ich na proch, ale nie mogę kibicować komuś, kto wygląda jak nadgniła cebula, sorry. A Newt jest najlepszą Matką Smoków, kropka. Newt na Żelazny Tron.

Ra: Ariadna nie miała o tym pojęcia do momentu opublikowania tej notki, choć od momentu obejrzenia filmu minęły już ze dwa tygodnie, ale dla mnie film był mocno obojętny. Znaczy: ja w ogóle nie lubię popkultury, bo wszystko jest robione na to samo kopyto - to znaczy trzeba dać relatable bohaterów, olśnić widza feerią efektów specjalnych, postarać się nad kostiumami i światem wykreowanym, to widz nie będzie widział, jak dziurawa jest fabuła. A ja widzę. I ani piękne magiczne art deco wnętrza, ani sympatyczni bohaterowie, ani flapperskie stroje w jednej scenie, ani wyjątkowo dobrze oddana zakłamana amerykańska mentalność i realia epoki prohibicji - chociaż akurat to MEGA mi się podobało, bo było nie wprost - nie potrafią tego przykryć. Zwierzątka mam w gruncie rzeczy w dupie, chociaż quetzalcoatle zawsze na propsie. I w przeciwieństwie do Ariadny uważam też, że bardzo dobrze, że postać, która jest w gruncie rzeczy Magicznym Hitlerem, nie jest urodziwa. A ten, którego Ariadna uważa za pięknego, był szpetny jak kupa.

sobota, 3 grudnia 2016

Jest nieklimatycznie :(

Już-już chciałyśmy się pochwalić słoneczkiem, świecącym nad naszymi głowami; nic, tylko się kąpać w lazurowych falach*, sączyć winko i cieszyć z życia. Co prawda pływa tylko Ra, bo jest water/ghost type, a bo Ariadna nie umie i się boi i przykrywa to agresywnym "WODA TO NIE JEST ŚRODOWISKO DLA MAGA OGNIA".


*Zdjęcie oraz nagranie są bardzo archiwalne, bo z końca października**.
**Co nie zmienia faktu, że ludzi zażywających pływania widziałyśmy też pod koniec listopada, a jak. Powiedzmy, że owego dnia było ciepło, ale bez przesady i nie wiemy, czy samobójcy, czy morsy, czy Skandynawowie.


Niestety, jak zwykle twarda rzeczywistość skopała nas po pośladach i z dnia na dzień nad naszą wysepką przetoczył się niczym niezapowiadany huragan.

Tym razem co prawda obyło się bez wody kapiącej na łóżka, ale, coby wam zobrazować pełnię grozy, kiedy szłyśmy ulicą, to nic nie było widać przez ścianę wody, a kiedy w środę próbowałyśmy późną nocą wyjść z zajęć, to za drzwiami przetaczał się potop. Potop, który Ariadna skwitowała wyciem STARY, TO JAKIŚ JEBANY POTOP, czym wzbudziła wielki entuzjazm siedzącej obok Rosjanki, której to natychmiast wyjaśniła, że jej znajomość rosyjskiego to jeno filmiki spod znaku Russian road rage*. Ra woli się publicznie nie ujawniać ze swoją całkiem porządną znajomością tego języka, bo a nuż bardziej się opłaci ukrywanie tego faktu. Poza tym wtedy Rosjanki mogłyby zacząć ją zagadywać, olaboga.
*czyli frazy typu "job twoju mać", "piździec" i "jobanyj".


Poprzedni weekend, tuż przed rzeczonym huraganem, spędzałyśmy wyjątkowo aktywnie – temperatura oscylowała w granicach dwudziestu stopni, wiał miły wiaterek, słowem, nic, tylko hyc hyc z łóżeczka, zostawiając za sobą internety. Jako że nam się jednak złoto pokończyło* to włóczyłyśmy się jeno po naszej mieścince. Tym razem wybór padł na okolice nieturistesowe. Przypadkiem skierowałyśmy kroki w stronę muzeum paleontologicznego, które, jak pamiętałyśmy, leżało w urokliwej okolicy.
*a raczej transmutowałyśmy je z monet w biżuterię z monetkami z Aleksandrem Wielkim



Pokonując wrodzone lenistwo wtoczyłyśmy się na góreczkę i O STARY - przed nami ukazała się postosmańska budowla o przeznaczeniu niejasnym, za to oferująca możliwość półlegalnego wspięcia się na nią.


Co też uczyniłyśmy, czując się przy tym jak zdobywcy wszystkich ośmiotysięczników, mimo że te osiem tysięcy to się u nas przewija w megabajtach, ewentualnie kaloriach.




Po nasyceniu oczu wdzięcznymi widokami* ruszyłyśmy dalej i... przypadkiem skończyło się miasto, a zaczęły się dzikie krzuny, owce i wąwozy.
*Ra: O stary, ale estetyka, czuję się jak w Doomie 2.


Ten moment, gdy wychodzisz z domu na pół godziny i dochodzisz na koniec miasta...


Tam w tle to przelotówka z Heraklionu do Chanii, zdecydowanie nie część Rethymno...


Wróciłyśmy inną drogę powrotną, a choć ta ZNÓW prowadziła pod górkę, to ten wysiłek się opłacił, bo znalazłyśmy dzięki temu niezłą cerkiew.



Anioł miotający fireballem i święty z czerwoną gębą rozśmieszyli Ra bardziej niż wypada.




My w ogóle uprawiamy aktywny churching, tzn. wbijamy do każdej napotkanej cerkwi i szukamy takich, w których będą miodowe świeczki do podprowadzenia… to jest uczciwej wymiany na złoto. A przy okazji podobają się nam, to też jest powód nie do przecenienia.









Świeczek jakich nam trzeba nie znalazłyśmy, ale znalazłyśmy wota. Pogańskie wierzenia trzymają się mocno - starożytni Grecy składali w świątyniach rzeźbione wyobrażenia części ciała lub ludzi, o których uzdrowienie prosili bóstwo, a współcześni Grecy zawieszają takie oto blaszki. W Polsce wota są dziękczynne i bardziej abstrakcyjne w formie.





Znalazłyśmy też jeszcze więcej urokliwych wbijalnych ruin. Rethymno ruinami i pustostanami stoi, co nam bardzo odpowiada* i już szykujemy się na małą sesyjkę postapo***, gdy wrócimy z przerwy świątecznej w Polskach.
*Ra czuje się jak u siebie w Łodzi**, tylko BARDZIEJ, co jest jej bardzo na rękę.
**W zeszłym tygodniu po raz PIERWSZY widziałyśmy tu żula. Takiego tru, co to się nawet awanturował w sklepie.
***Czytaj: cały miesiąc napieprzania postapo foteczek. No chyba, że będzie tak pizgać złem jak teraz D:





Chodziłyśmy też po zewnętrzu fortecy – relacja z wnętrza będzie*, ale tyle nam się pięknych zdjęć udało, że Ra nie wie, które wybrać. Przyjemne ciepełko i piękne widoki wprawiły nas w tak dobre humory, że jak jacyś typiarze zaczęli do nas machać z blanków, to im odmachałyśmy.
*odroczona w czasie tak długo, że nawet przez lunetę nie widać pierwotnej daty





Mamy wrażenie, że popełniłyśmy wtedy potworne hybris – śmieszkowałyśmy sobie, że hehe koniec listopada, a my w przejrzystych koszuleczkach, jak wam z tym Polaczki zimiaczki - i co? I Zeus się obraził i spuścił na nas za karę deszcz i grzmoty. TAK. BURZA Z PIORUNAMI W GRUDNIU. Wczoraj co prawda wyszło słońce, ale dalej jest tak zimno – w mieszkaniu, bo na zewnątrz jest dosko – że z trudem wystawiamy rączki spod kołderek i notkę rzeźbić ciężko*.
*ale zawsze można się rozgrzewać alkoholem, co Ra ochoczo czyni, gdy musi wgrać pierdyliard zdjęć.


A w górach spadł śnieg.


czwartek, 24 listopada 2016

Na lotnisku we Wro wymawiają to jako "Czənia" i dają nam raka

Jako że spełniamy postanowienie z przedostatniej notki - mamy internet, więc nigdzie się nie ruszamy - pora nadrobić posty z czasów, kiedy jeszcze byłyśmy zmuszone do prowadzenia intensywnych żyć.*
*A tak na serio, to zbliża się sesja egzaminacyjna i na dodatek pochorowało się nam, bo w melinie nie ma ogrzewania*. Ale internet też ma w tym swój udział.


Siedzimy w domu, kradniemy fajne książki z biblioteki, a Ra wydziergała sobie swetro-koc.


Dzisiaj - Chania! Byłyśmy tam dwa razy: raz planowo, drugi raz w spontanicznym akcie rozpaczy targającej nami, gdy internet nam umarł w południe i co tu robić przez resztę dnia. Jasne, można było się znieczulić winem, ale żeby wmówić sobie, że z naszym alkoholizmem nie jest tak źle, to wymyśliłyśmy piętrową intrygę:
1) miałyśmy jechać do Chanii do muzeum, prawda?
2) jak jesteśmy w obcym mieście to coś zjeść trzeba, prawda?
3) rodzice Ariadny zachwalali nam taką fajną turecką knajpkę...
4) jak już jesteśmy w tej knajpce, to wina nam trzeba, a nie wody, bo w wodzie to się ryby pierdolą.




Chania ma to do siebie, że lądują w niej samoloty z Polski, czyli jest często pierwszym, albo ostatnim, albo jedynym zetknięciem turistesa ze słodkim lądem Krety. Musiałyśmy bardzo pilnować języka i nie miotać córami Koryntu za plecami powoli toczących się barył, bo Polaków jest bardzo dużo i z naszym szczęściem na pewno byłby to jakiś Janusz z Grażyną. Na dodatek namolni naganiacze do knajp na nadbrzeżu są tacy cwani, że z kilku metrów słyszą, jak mówimy do siebie po polsku - i dawaj nas zaczepiać też po polsku.




Pierwszy nasz wypad był kontrolowany... do czasu. Otóż miałyśmy w planach obczaić kolekcję bizantyjską, bo Ra, oraz przejść się do muzeum archeologicznego, póki jest w starym budynku, bo nowym budynkom mówimy NIE.* Muzeum bizantyjskie spełniło nasze oczekiwania, tzn. było ZŁOTO ZŁOTO ZŁOTO i malowidła o derpowych mordkach.
*te same uczucia mamy względem biblioteki uniwersyteckiej we Wro. Chociaż naprawdę miło byłoby pomieszkać gdzieś, gdzie jest ogrzewanie.
**Ariadna powinna mieć zakaz oglądania takowych, bo się śmieje jak norka.


Niestety w środku nie można było robić zdjęć, a dziadek pilnujący był uroczy, więc postanowiłyśmy nie cykać ukradkiem foteczek.


Potem chciałyśmy się przejść na weneckie obwarowania nieopodal, ale zostały nam zamknięte przed nosem...


Spalić w ramach zemsty nie było za bardzo czego, więc pozostało nam pokląć pod nosem i powłóczyć się w celu ponapawania oczu pięknem, zrobienia mu foteczek i ewentualnego powydawania pieniędzy. Niestety, gorąco było jak diabli, co oznaczało tłumy turistesów, więc z foteczkami było ciężko i nie mamy ich za wiele.




Ariadna odwiedziła też muzeum morskie, a Ra oświadczyła, że ma łódki w chvju i idzie się powłóczyć, zwłaszcza, że wołali pieniądz za wejście. Ale niech żałuje, bo było supi. To znaczy, jak kręcą was BRONIE i repliki łodzi. Trafiła się nawet jedna kusza!


Aczkolwiek najlepszą atrakcją była kopia mostku niszczyciela, gdzie można było wbić i wyobrazić sobie, że dowodzi się wielką armią i wrogów swych zabija na setki. GUSTLIIIIK ODŁAMKOWY ŁADUUUUJJJJJ!!!



Ra orzekła, że koniecznie idziemy na latarnię. Ra kocha latarnie. Niestety, zdjęcia kłamały i ta w Chanii jest zdecydowanie brzydsza od naszej lokalnej – nie dość, że ogrodzona jakąś siatą, to jeszcze idzie się do niej jak do Mordoru, tzn. długo. I w gorącu. Takim, że ledwo wróciłyśmy.





Na dodatek pod nią jakieś Sebixy i Karyny* z Polandii urządziły sobie pikniczek z hehe piwkiem i hehe papieroskiem. Skopywałybyśmy ich na sterczące w dole ostre skały, ale mieli przewagę liczebną. Nasze nastroje ostatecznie zwarzył jakiś piździec, który kiedy Ra robiła sobie fotkę postanowił stanąć koło niej i zapozować**. Ra wie, że jest piękna jak posąg, ale to nie znaczy, że można sobie z nią cykać foty.
To jest jeden z tych ambiwalentnych momentów, kiedy z jednej strony chciałybyśmy mieć miecz, żeby zajebać skurwysyna - ale z drugiej strony, gdybyśmy miały zajebywać każdego, kto stanie nam na drodze, to nie byłoby prawie nikogo na naszych studiach i by je zamknęli :(
*wiemy, że tego bloga czyta pewna Karina: nie jesteś Karyną.
**Ra: zdążyłam już zapomnieć o tym pierdolcu, dzięki za triggera.




Potem stwierdziłyśmy, że będziemy mądre* i orzekłyśmy, że najpierw obiad, a potem muzeum archeologiczne, bo przecież otwarte do ósmej, a jest piąta i ile czasu... Błąd. Poszłyśmy do knajpeczki, którą Ariadna odkryła przypadkiem z mamą i bardzo im się spodobało. Ale wtedy kelner miał tyle rozumu, że powstrzymał je w pewnym momencie zamawiania. Tym razem nie powstrzymał. Objadłyśmy się jak amerykańscy turyści, do tego stopnia, że Ra nie dokończyła deseru.** W związku z tym odłożyłyśmy muzeum na inny dzień i spędziłyśmy czas pozostały do odjazdu autobusu na powolnym turlaniu się jak dwie beczułki na nóżkach.
*co zazwyczaj nie wychodzi nam dobrze, patrz: decyzja o pójściu na MISH
**może jednak nie amerykańscy turyści, bo ci dokończyliby deser


Kolejna wyprawa była na uśmierzenie gniewu i zadanie swe spełniła, bo rzuciłyśmy złotem w złoto w Hłamie, co nam zdecydowanie poprawiło nastrój. Kolejny dowód na to, że tak naprawdę jesteśmy smokami. Poza kupowaniem błyskotek wybrałyśmy się w końcu do muzeum archeologicznego.

I to był bardzo dobry pomysł, bo mieli w zanadrzu larnaksy!



Mozaiki z Dionizosem <3


Gębę ulubionego cesarza Ariadny, Hadriana!

Kripne ptasiogłowe figurki!

Kotwicę!

Złote labrysy!

Miecze!

Cycki!

Do tego muzeum okazało się być wciąż nieprzeniesione do nowego budynku, co oznaczało, że jest w pięknym starym poweneckim kościele.

A na dodatek z boku jest urokliwy ogródek z odłupanymi z kolumn kapitelami i inszymi lwami.




Powłóczyłyśmy, popiłyśmy, pokupowałyśmy pocztówki z wintydżowymi gołymi paniami. Chciałyśmy jakieś porno, ale wszystkie były hetero, łe. Skądinąd to smutne, że w tym kraju Safoną i Lukianem* niegdyś stojącym większość kontentu do kupienia jest heteryczna. Chania poza sepiowymi pocztówkami z gołymi paniami ma do zaoferowania wąziutkie uliczki, ciągnące się po wielu poziomach. Kiedy nie włóczą się po nich tłumy, jest naprawdę bajecznie i  e s t e t y c z n i e.
*pan od gejowych kosmitów z Księżyca, którzy rozmnażają się przez dziurę pod kolanem.









Z bardziej teraźniejszych wieści: nasza Kleoniki została, zgodnie z unijnymi - i reptiliańskimi - wymogami, zaczipowana. Odnotować jednak należy, że stawiała dzielnie opór. Weterynarze mieli jednak przewagę liczebną i kicia jest teraz sterowana przez grube wibracje. Co by wiele tłumaczyło, bo wariat z niej jakich mało.


Jej obecność w naszym życiu wpłynęła też na to, że teraz nie ma dnia, abyśmy nie rzucały do siebie pussy jokes o tak ciężkim kalibrze, że nawet Trump by się zawstydził. Z litości nie przytoczymy.